gruzińska gościnność supra
Gruzja,  Kaukaz,  Społeczeństwo

Gruzińska gościnność – prawda czy mit?

Od wielu lat spotykam się z obiegowymi opiniami, powielanymi najczęściej w katalogach biur podróży, o niesamowitej wprost gruzińskiej gościnności. Ponoć turysta jest witany niemal jak mesjasz, a każdy Prawdziwy Gruzin ma za punkt honoru zaproszenie go na trwającą co najmniej do rana ucztę.

„Gość w dom, Bóg w dom” – szczycimy się w Polsce. Gruzini uważają podobnie. Mówią, że jeśli przed ich domem zjawi się niespodziewany gość, to jest on z pewnością przysłany zrządzeniem Opatrzności. A posłańca Bożego należy nie tylko przyjąć, ale i dać mu wszystko „czym chata bogata”. Gruzińskie domostwa choć często skromne, to jednak z pewnością są bogate w napój, który miał w Gruzji się narodzić – wino. Jak zaznaczali mi w rozmowach Gruzini, prawdziwy gospodarz powinien mieć zmagazynowane przynajmniej 500 litrów tego szlachetnego trunku. Przede wszystkim, by zapewnić go gościom podczas różnych bardziej lub mniej zaplanowanych uroczystości.

Dlatego właśnie „gruzińska gościnność” często kojarzy się z niekończącą się biesiadą i winem pitym z rogu praktycznie bez umiaru. Ba, kiedyś nawet władze Gruzji budowały taki wizerunek rozdając każdemu pasażerowi lądującemu w kraju butelkę wina.

Turyści odwiedzający Gruzję bardzo często mają nadzieję na nieustanną „suprę” (supra to nazwa gruzińskiej uczty, z pewnością pojawi się na jej temat osobny artykuł) najlepiej w towarzystwie tyle co poznanych Gruzinów o sercu na dłoni. Oczekiwania bywają spore – że Gruzin zawsze zaprosi nas do swojego domu, że da nam jeść do syta podlewając winem, a nad ranem położy do snu. Gdy będziemy chcieli jakkolwiek się odwdzięczyć (szczególnie finansowo), wówczas oburzy się i przy nowej butelce wina rozpocznie wykład o wyjątkowej gruzińskiej gościnności. A kiedy w końcu po kilku dniach gościny uda się nam opuścić dom Gruzina wtedy od razu przejmie nas jego sąsiad, który będzie próbował przebić naszego pierwszego gospodarza.

Opis ten jest oczywiście przerysowany, ale kiedy Gruzja nie była jeszcze krajem tak chętnie odwiedzanym przez zagranicznych turystów pewne jego cechy rzeczywiście miały miejsce. Gdy do położonej „na końcu świata” wioseczki docierał raz na x lat jakiś turysta-obcokrajowiec wywoływał niemałe zainteresowanie. Być może niekiedy rzeczywiście traktowano go jako „posłańca od Boga”. Goszczono go, chwalono się kulturą danej części Gruzji, chciano przedstawić wioskę czy region w jak najlepszym świetle, by turysta później opowiedział światu o czasie tam spędzonym w samych superlatywach. No i jakże brać od takiego „posłańca” pieniądze? Nie godzi się.

Sytuacja zmienia się od kilkunastu lat, odkąd Gruzja zaczęła być coraz tłumniej odwiedzana przez zagranicznych gości. Ciężko jest przyjmować kolejne niemałe grupy turystyczne wydając na to swoje skromne środki na utrzymanie. Ilość turystów odwiedzająca najpopularniejsze miejsca w Gruzji zdecydowanie przytępiła gościnny charakter autochtonów.

A Gruzini liczyć też potrafią. Szczególnie w niewielkich miejscowościach turystycznych takich jak Mestia, Uszguli, Stepancminda czy Signagi króluje obecnie komercja, wszechobecne „guesthouse’y”, „restorany”. Kusi się „stonkę turystyczną” kolejnymi banerami z hasłem „free wine”, „best cha-cha” (czacza to samogon z wytłoków winogron) czy tandentymi plastikowymi rogami do picia wina. Niekiedy człowiek czuje się żywcem jak w Zakopanem czy Władysławowie.

Jasne, w rozmowie z miejscowymi wciąż jest miło, pouczająco i wesoło. Ale na turystę nikt już nie patrzy jak na Bożego posłańca. Turyści poniekąd sami do tego doprowadzili bardzo częstą, jak mówią młodzi, „januszerką”. Czyli instrumentalnym wykorzystywaniem szczerej gruzińskiej gościnności. Nocowaniem „na krzywy ryj”, ostentacyjnym objadaniem biednych domów. Oczywiście, zachowywał się w ten sposób patologiczny promil odwiedzających Gruzję, ale niesmak pozostał.

Dziś turystyka w Gruzji to jest biznes. Na straganie „dają” do degustacji czaczę po to, byś ją kupił, a nie dlatego, że chcą Cię ugościć. Jeśli jesteś w grupie turystycznej i obsługa restauracji w trakcie biesiady obwieszcza, że dolewają wam wina na ich koszt, to na 90% wcześniej zaaranżował to pilot Twojej wycieczki płacąc za to dodatkowo.

Jest. Ale już nie na każdym kroku – trzeba się postarać ją znaleźć. Kierowca, którego wynajęliśmy na lotnisku w Kutaisi, by przez 6 dni woził nas po kraju może w pewnym momencie zaprosić nas do swojego domu. I ugościć tak, jak o tym marzymy. Można spróbować swojego szczęścia poza utartym szlakiem. Jedź do miejscowości, która nie pojawia się na kartach przewodników po Gruzji. I tam spróbuj nawiązać kontakt z gospodarzem, który akurat odpoczywa przy swoim domu. Zagadnij go gruzińskim powitaniem „gamardżoba” i spytaj o cokolwiek.

Być może będzie to początek gruzińskiej biesiady marzeń 🙂

Gruzja jest przepięknym krajem i z całą mocą zachęcam do jego zwiedzania. Także (a nawet przede wszystkim) do zwiedzania miejsc turystycznych. Miejmy po prostu świadomość, że komercja do Gruzji dotarła i bardzo mocno się w niej zadomowiła. Unikniemy wtedy ewentualnych rozczarowań pt. „nie częstowali winem na każdym kroku” albo „chcieli od nas pieniędzy za nocleg”.

Możemy mieć równocześnie pewność, że jeśli rzeczywiście znajdziemy się w potrzebie, to Gruzini nie pozostawią nas samych sobie. Przygarną pod swój dach, nakarmią i pomogą. Gruzin to człowiek może nieco gruboskórny, ale wciąż z sercem na dłoni.

Leave a Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.